Rz:
Bohaterka pana spektaklu „Tykocin” ma dostać medal Sprawiedliwy wśród
Narodów Świata za ratowanie Żydów podczas II wojny światowej. Do
uroczystości nie dochodzi, ponieważ polscy dziennikarze i naukowiec
podważają fakt bohaterstwa kobiety. Czy to prawdziwa historia?
Michał
Zadara: Zdarzyła się obywatelowi Ukrainy. Sztuka Pawła Demirskiego i moja to
fikcja.
Nie uważa
pan, że pisanie o Polce, która zafałszowała przeszłość, by mieć drzewko w
Yad Vashem, może rzucić cień na tych, którzy je tam mają?
Fabuła jest
taka, że dziennikarz i naukowiec, opierając się na historycznych poszlakach,
podważają udział jednej pani w ratowaniu Żydów. Przekonują ambasadora
Izraela, by do czasu wyjaśnienia sprawy nie dopuścił do uroczystości. W
finale okazuje się, że staruszka pomagała Żydom i medal jej się
prawdopodobnie jednak należy.
To
staruszka uratowała tych Żydów?
Odetchnął
pan z ulgą? Czuje się pan lepiej, bo ta Polka jest jednak bohaterką?
Oczywiście,
że się cieszę. A pan uważa, że wszyscy byli antysemitami?Obie części
spektaklu, czyli moja i przygotowana przez Yael Ronen, mówią o tym, że z
historii wybieramy tylko tę część, która przynosi nam korzyść. Utożsamiamy
się z bohaterami i ofiarami, bo to daje nam prawo do moralnej euforii i
osądzania innych.
To chyba
dobrze, że Polacy chcą się identyfikować z tym, co było pozytywne w naszej
historii.
Jeśli
przyznaję sobie prawo do dumy z Ireny Sendler, jednocześnie czuję wstyd za
Jedwabne. Ani jedno, ani drugie mnie bezpośrednio nie dotyczy, nie byłem
członkiem „Żegoty” ani nie brałem udziału w pogromach lata 1941. Ale jeśli
się poczuwam do dumy za jedno, muszę też brać odpowiedzialność za drugie. A
jednak haniebnymi epizodami w historii Polaków wolimy się nie zajmować.
Chyba nie
czyta pan „Gazety Wyborczej”?
Po sprawie
Jedwabnego spadła sprzedaż „Wyborczej”. Czytelnicy mieli dosyć oczerniana
Polaków i gazeta zmieniła ton. Teraz prawie codziennie pisze o Polakach
ratujących Żydów.
Co to,
pana zdaniem, oznacza?
Wolimy
myśleć, że skoro Irena Sendler była bohaterką, to nie musimy brać na siebie
winy za polskich katów, zdrajców i szmalcowników. A ja uważam, że skoro
szczycimy się siedmioma tysiącami drzewek w Yad Vashem upamiętniających
Polaków ratujących Żydów, to powinniśmy sobie też powiedzieć, ilu Polaków
przyłożyło się do Holokaustu. Na czym polega bohaterstwo nagrodzonych
medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata?
Na tym,
że za ratowanie Żydów w Polsce groziła śmierć.
Oczywiście.
Oraz na tym, że nasi Sprawiedliwi byli bohaterami na tle tych wszystkich,
którzy korzystali z wojny i z Zagłady. Jeśli sadzimy drzewka Sprawiedliwych
w Jerozolimie, powinniśmy także wyrywać drzewa w Polsce. Mógłby powstać park
szmalcowników – bez drzew. Pustynia.
To
tragiczne, że po stuleciach koegzystencji drogi Polaków i Żydów zaczęły się
w XX wieku rozchodzić. U nas drąży się sprawy polsko-żydowskie, a czy
Izraelczyków nasz kraj w ogóle interesuje?
Polska teraz
mało kogo tam obchodzi. W latach pięćdziesiątych 40 procent obywateli
Izraela miało polskie korzenie. Teraz grupa ta stanowi ledwie 5 procent
społeczeństwa. Izraelczycy bardziej myślą o wojnie, o relacjach z
Palestyńczykami. Coraz ważniejsza jest sprawa migracji z krajów arabskich i
Afryki.
„Bat Yam”,
sztuka napisana i reżyserowana przez Yael Ronen, opowiada o podróży
ocalonego z Holokaustu i jego rodziny do Tykocina. Polaków zaskoczy pewnie
ironiczny stosunek do martyrologii, w tym wycieczek do Auschwitz, a także
sprawy zwrotu utraconego mienia. Pada pomysł, by Polacy zamiast wypłacać
odszkodowanie Żydom, przekazali je bezpośrednio ofiarom wojen Izraelczyków,
czyli Palestyńczykom.
Niemcy by
wypłacili odszkodowanie Polakom, Polacy Żydom, Żydzi Palestyńczykom. Wszyscy
byliby zadowoleni.
Niezwykle
mocny jest motyw żydowskiego bratobójstwa, które bohaterowi „Bat Yam”
pomogło uratować życie w czasie II wojny światowej.
Wszyscy,
którzy przeżyli Holokaust, odczuwali po nim piekło, ponieważ nie czuli się
tylko ofiarami. Ich tragiczne wybory są dobrze opisane w literaturze
Holokaustu. Była jedna kromka chleba – ktoś ją musiał zjeść i żył dalej, a
ktoś umierał. To był wybór – ja czy ty. Żydowscy pisarze, jak Primo Levi i
Paul Celan, popełniali z tego powodu samobójstwa.
Yael
Ronen pisze na końcu sztuki, byśmy skończyli z historią i zaczęli normalnie
żyć. Pan obstaje przy tym, żeby wracać do historii?
W obu
spektaklach widzimy ludzi i społeczeństwa chore na historię. Muszą pamiętać,
ale powinni się także nauczyć zapominać, żeby móc normalnie funkcjonować.
Według Yael umiejętność zapominania jest w Izraelu słabo rozwinięta. Ja też
jestem za zapominaniem, ale wcześniej trzeba mieć możliwość przeżycia swojej
traumy w miejscach pamięci. Mamy Muzeum Wojska Polskiego, Muzeum Powstania
Warszawskiego, będzie Muzeum Historii Polski i Muzeum Historii Żydów
Polskich. Niech powstanie muzeum hańby polskiej im. Feliksa Dzierżyńskiego –
z parkiem szmalcowników, dziedzińcem ubeków i dokumentacją donosicielstwa w
różnych epokach.
Jest
gdzieś takie na świecie?
Na
przykład w Waszyngtonie jest pomnik Wojny Wietnamskiej: czarna dziura
wykopana w ziemi. Amerykanie nie szczycą się tam chwałą poległych żołnierzy,
lecz mogą przeczytać spis nazwisk wszystkich bezsensownie poległych
amerykańskich obywateli. To jest dla mnie pomnik hańby amerykańskiej. A my,
chociaż zamordowani i zadenuncjowani Żydzi byli obywatelami Polski, mamy
tylko jeden placyk w Jedwabnem.